Gdy dziecko budzi Cię przed szóstą rano w niedzielę. Gdy słońce znajduje szczelinę pomiędzy zasłoną a ścianą i bezlitośnie śmieje Ci się prosto w twarz. Gdy sąsiadka z góry postanawia zacząć dzień wcielając się w polski odpowiednik Celine Dion. Gdy pod prysznicem przez przypadek lejesz na siebie strumień lodowatej wody. Wiedz, że coś ważnego musi się dzisiaj zdarzyć.
I zdarzyło się tyle, że na jeden pełniutki dzień wyemigrowaliśmy z Warszawy. Na spontanie i w trzydzieści pięć minut zebrani, co wydawało mi się, jest niemal nie do pomyślenia. Wyemigrowaliśmy na wieś prawdziwą gdzie kury, gęsi, owce, kozy i konie. Gdzie ropucha wielka jak dwie dłonie wspinała mi się na nogę. Gdzie dziecko moje ze szczęścia dwa metry nad ziemią lata. Gdzie my uśmiechnięci i z twarzą skierowaną do nieba. Gdzie barszcz pyszny ukraiński jedliśmy na kocu. Trochę zimny, ale kto by o to dbał. I gdzie pajdy chleba ze smalcem i pietruszkowym pesto pochłanialiśmy jak szaleni. I wino takie dobre. Ichniejsze. Porzeczkowo-słodko-cierpkie.
Gdy człowiek sobie tak leży na hamaku wystawiając twarz do słońca i gdy wie, że tych minut dla siebie ma raptem dziesięć albo piętnaście, to nie sprzeniewierza ich na myślenie o głupotach. Ani o żadnych ważnych rzeczach, takich jak lista zakupów na dzień następny. Skupia się człowiek na sobie, patrzy głęboko tam w środek i do porządku się przywołuje. Do pionu stawia! No bo na cholerę się rano o te skarpetki na podłodze strzępiłam. Ze złości buzowałam, że nawet w łazience oka pomalować w spokoju nie mogę, bo wiecznie coś ktoś wtedy akurat chce. I po co się tak irytowałam, że włosów nie umyłam, a przecież padłam jak kawka wieczór wcześniej. A Matyldę ubrałam w nową sukienkę, a tu masz. Trzy minuty i plama na środku z borówki, którą sobie właśnie malowniczo rozgniotła. I skąd ona w ogóle tę borówkę wzięła?!
Jakie to ma znaczenie. W taki dzień jak dzisiaj, jak wczoraj, jak jutro. Wszystkie przecież utkane z takich samych momentów. I smak wina jeszcze na moim podniebieniu. Porzeczkowy. I cierpko-słodki.






















12 komentarzy
O rany, gdzie to tak pięknie? I że jeszcze gęsi?? Tęsknię za takimi klimatami, dziś to na polskiej wsi ciężko krowę spotkać 🙁
Pod Warszawą to piękne miejsce! Powsinogi jesteśmy i trochę po tych wsiach jeździmy, ale powiem Ci, że gęsi widziałam pierwszy raz od wielu wielu lat 🙂
No gęsi to ja już dawno nie widziałam. Na wsi się wychowałam, a teraz tam krowy nie uświadczysz, mój tata biedny z kartonu się nie tknie 😛
zarówno tekst jak i zdjęcia – nic dodać nic ująć. też staram się dość często nie myśleć o niczym i po prostu czerpać garściami z tu i teraz. a że mieszkam na wsi to mi to tak łatwo przychodzi.. w ogrodzie, w lesie, na spacerze po polnej drodze. i cóż że buty Mai potem wyglądają nie jak nowe tylko jak po 5 straszych braciach. ale mamy w zamian wspomnienia, opalone policzki, świeże powietrze w płucach i piękne zdjęcia 🙂
Otóż to 🙂
takie chwile są bezcenne. Trzeba się nimi karmić, delektować je spokojnie. przecież w koncu to jest w życiu ważne. ta nasza codzienność :))) pozdrawiam cieplutko. piękne zdjęcia:)
Przepięknie tam a i Pani taka ładna 🙂 Zazdraszczam klimatu, będę takiego szukać w ten weekend bo mi się marzy taka jesień choć na jedną niedzielę.
Ach, jak cudnie! Jak mi się marzy taka jesień, taki jeden dzień. W szkockim klimacie to niemal niemożliwe. Tymbardziej spoglądam na te zdjęcia i czuję to ciepło, radość, sielankowość, szczęście… jeszcze raz, ach! <3
Diana
Przepięknie! My też spędziliśmy cudowną niedzielę za miastem, ale nie w tak malowniczych okolicznościach. Nigdy bym się nie spodziewała TAKIEJ pogody w październiku – żal nie skorzystać… ale co ja tu o pogodzie gadam ;)))
It’s very trouble-free to find out any matter on web as compared
to books, as I found this paragraph at this web page.
Rany, Aga, jak ja lubię takie klimaty. Chłonę każdy zapach (cząsteczka po cząsteczce), promień słoneczny i obraz. Totalny slow life – bardzo potrzebny nam od czasu do czasu.
Fantastyczna niedziela, zwłaszcza że chyba ostatnia tak ciepła w tym roku. Zazdroszczę zorganizowania się w pół godziny do wyjścia, bo u mnie to się kończy stanem przedzawałowym. I co tu zrobić, żeby zwalczyć ten perfekcjonizm, co by właśnie takich chwil gdzieś po drodze nie przeoczyć.