Wyobraź sobie taką sytuację. Masz budżet. Ograniczony (Malediwy odpadają), ale jednak. Masz kilka długich weekendów wolnych lub nadspodziewanych dni urlopowych na krótki wypad. Masz dziecko, które w razie potrzeby możesz zabrać ze sobą, ale możesz też podrzucić do dziadków. Twój wybór. Masz chęć, zapał i wyobraźnie. Masz również do wyboru pięć lokalizacji, w których podładujesz baterie. Aktywnie czy też pasywnie. W Polsce i w Europie. Gdzie jedziesz?
Jakieś sto lat temu wybraliśmy się w podróż poślubną do Włoch. Po wykończeniu mieszkania i okołoweselnych wydatkach nasza sytuacja finansowa była…nieszczególnie imponująca. Postawiliśmy na wyjazd lowcostowy. Spanie w namiocie, omijanie głównych autostrad i posiłki przygotowywane na kuchence gazowej. Oszczędzaliśmy też na włoskich specjałach. Lody i pizza, wiadomo! Ale nawet tu narzuciliśmy sobie pewne zakazy. Łamaliśmy je co prawda notorycznie, aczkolwiek zawsze z ciężkim sercem. Postanowiliśmy, że jeśli jeszcze kiedyś odwiedzimy Włochy, odbijemy sobie ten kulinarny kierat. I odbiliśmy. Z NAWIĄZKĄ!
Ostrzegali, że od nadmiaru wszystkiego może rozboleć głowa. Straszyli, że popadnę w smutek i melancholię, uświadamiając sobie, że wszystkiego zobaczyć nie zdołam. Informowali, że od ferii smaków, kolorów i zapachów można postradać zmysły. Grozili, że wystarczy raz poczuć miasto, by zatracić w nim zupełnie … Czy mieli rację?



