Przez półtorej roku życia z Matyldą regularnie odwiedzaliśmy restauracje i kawiarnie. To były sielskie wypady. Mati siedziała w swoim krzesełku i zajadała się smakołykami. Czasami zapadała w krótką drzemkę, a czasami na długie minuty zajmowało ją menu, serwetki, czy inne restauracyjne wyposażenie. Gdy zaczynała chodzić, robiła kółka wokół stolika, liczone w milionach. Byliśmy najedzeni, wypoczęci, z poczuciem doskonale spędzonego czasu. Było cudownie….A później postanowiliśmy zacząć odżywiać się osobiście wyhodowanymi kiełkami lucerny i stołować w domu 😉
Prawda wyglądała nieco bardziej dramatycznie. Nastąpił czas w naszym życiu gdy sama myśl o wspólnym wyjściu do restauracji powodowała u mnie poczucie śmiertelnego zmęczenie. Zgrabnie jednak trzymałam fason. Ja, piewca filozofii zawsze i wszędzie z dzieckiem, nie mogłam się tak łatwo sprzeniewierzyć swoim ideałom 🙂 Fakt jednak był taki, że wyjścia stały się małymi koszmarkami. Nie było dramatów, płaczów, krzyków czy kapryszenia. Nie w tym tkwił problem. Ale… Mati rozpiera nadmiar energii, a energia ta w magiczny sposób kumuluje się w miejscach nowych. Nie było siły zatrzymać ją w miejscu, na dłużej niż na czas konsumpcji, a że konsumuje bardzo szybko, chwile spokoju wydawały się sekundami. W rezultacie zgarnialiśmy ją z kuchni, zza baru, spod stołu, zza drzwi wejściowych i z pogawędek, które ucinała sobie z innymi gośćmi. Jedliśmy na zmianę 😉
*sorki, zdjęcia robione kalkulatorem 😉
Nie czuliśmy złości czy irytacji, bowiem jasne jest, że dla niespełna dwuletniego dziecka, taka aktywność jest jak najbardziej normalna. A naszą, rodziców, rolą jest zapewnienie optymalnej dla tych aktywności przestrzeni. Z drugiej strony jesteśmy bardzo wyczuleni na komfort innych gości i najzwyczajniej w świecie nie chcieliśmy, aby żywiołowość naszego dziecko, burzyła ich spokój. Zaczęliśmy więc szukać miejsc przystosowanych do oczekiwań najmłodszych. A tu rozczarowań było wiele. Jak na największe miasto w Polsce nie jest ich wcale dużo. Jeśli są punkty z świetnie wyposażoną strefą dla dziecka – kuleje menu, które jedyne co ma do zaoferowania to tartę na słono. Są miejsca z dobrą kuchnią, będące w posiadaniu kącików dla maluchów. Jednak na miejscu okazuje się, że ów szumnie nazwana stref dziecka to kawałek podłogi 2×2 m z jednym stoliczkiem Ikea i kilkoma kredkami czy przypadkowymi zabawkami. I z tłumem kilkulatków okupujących ów kawałek podłogi. Gdy już myślimy się, że znaleźliśmy ideał – bo i jedzenie dobre i dziecięca przestrzeń świetnie zorganizowana – okazuje się że ogólna atmosfera miejsca jest tak sztuczna, fasadowa i wylansowana – że jedyne z czym wychodzimy, to z poczuciem rozczarowania i lżejszym (dużo lżejszym) portfelem.
Gdy po którymś z traumatycznych wyjść podejmujemy fundamentalną decyzję, że kolejny wspólny wypad do restauracji zrealizujemy gdzieś za 10 lat…
znajdujemy TO miejsce!
WarsadSawa
W samym centrum warszawskiego Powiśla. Miejsce zupełnie niepozorne, mówiąc dosadniej z zewnątrz nawet brzydkie 😉 Taki tam barak ukryty pomiędzy główną powiślańską ulicą, a samochodowym parkingiem. Jednak jeśli jesteś rodzicem żywiołowego potomka, cenisz sobie luz, swobodną i nieskrępowaną atmosferę, dodatkowo lubisz cudze dzieci, oraz biesiadowanie przy wspólnym stole z nowo poznanymi ludźmi – ZAKOCHASZ SIĘ W TYM MIEJSCU NA 100%!
Nie przez przypadek w klubo-jadalni WarsandSawa warto zarezerwować stolik dzień wcześniej. Rodzicie uwielbają to miejsce! W weekendy knajpa pęka w szwach i zawsze trudno mi określić, czy więcej w niej jest dorosłych czy jednak dzieciaków. Bo dzieciaki, tak jak i zabawki, są wszędzie. I nikogo nie dziwi, że 4-letni Krzyś postanawia skonsumować obiad, przy stoliku nowej koleżanki, dwuletniej Matyldy. A posiłki spożywane są w otoczeniu klocków, autek, dziecięcych książeczek i innych. Słowem, nie uświadczymy tu ani grama spiny.
Aranżacja wnętrza jest oryginalna, eklektyczna i z artystycznym zacięciem. Może dlatego tak ją lubię, bo przypomina mi odrobinę góralską chatę moich dziadków. Przez środek jasnego pomieszczenia biegnie długi stół, który pomieści kilkanaście osób. Z cztery rodziny zmieszczą się przy nim spokojnie 🙂 Dominuje surowe drewno, pięknie dopełnione kutymi i ceramicznymi dodatkami, wykonanymi przez pracownię artystyczną zajmującą lokal obok. Ciepła dodają romantyczne głębokie fotele, zioła i kwiaty w doniczkach, zasłonki i bar zastawiony swojskimi wypiekami.
Oprócz cudownej atmosfery wypełnionej dziecięcą radością i nieskrępowaniem, jest jeszcze jeden element sprawiający, że maluchy czują się tu tak dobrze. Sala zabaw, która nie jest wygospodarowanym kawałkiem podłogi, a całkiem dużym samodzielnym pomieszczeniem. Szczerze przyznam, że nie zapoznałam się zbyt wnikliwie z jej wyposażeniem. Są książki, klocki, puzzle, auta małe i duże, przybory do rysowania i ogromna ściana pomalowana tablicową farbą. Skoro Mati potrafi przepaść w niej na godzinę albo i dłużej, wnioskuję że spełnia oczekiwania przeciętnego kilkulatka i nie ma co zbytnio ingerować 🙂 Dodatkowe elementy mające ułatwić przebywanie dziecka w lokalu to nocniki, krzesełka do karmienia i przewijak. Ten ostatni znajduje się w rogu sali zabaw, a nie w odosobnionym miejscu. Może to stanowić pewien dyskomfort, ale niestety ograniczenia metrażowe są nie do przeskoczenia
Dobrze. Przejdźmy więc do meriutm, jako że restauracja to w końcu nie tylko zabawki i klimat! W WarsandSawa znajdziemy dobre, chociaż stosunkowo krótkie menu, oferujące głównie kuchnię włoską. Mamy więc domowego wyrobu makarony i gnocci z pysznymi i aromatycznymi sosami, na bazie ziół i świeżych warzyw. Jednak absolutnym hitem są pizze wypiekane w piecu opalanym czereśniowym drewnem. Mówię Wam, pycha! Będąc w WarsandSawa nie możecie, ale po prostu nie możecie, nie spróbować tamtejszej lemoniady. Jestem od nich prawie uzależniona. Na uwagę zasługują pyszne domowe ciacha, bezy i pączki.
Kilka słów o cenach. Warto o nich wspomnieć bo są naprawdę dobre:
– Pizza: od 20 zł do 25 zł
– Makarony i gnocci: od 17 zł do 25 zł
– Burgery: od 17 zł do 19 zł
– Menu dla dzieci to zminimalizowane porcje potraw dorosłych, w trochę łagodniejszej wersji smakowej. Warto dodać, że zminimalizowane nieznacznie, tak o dwie nitki makaronu czy dwie kluseczek mniej 😉 od 11 zł – 16 zł.
Post niesponsorowany, płynący prosto z potrzeby dzielenia się 😉
Bierzcie i korzystajcie 🙂
www.warsandsawa.com
ul. Dobra 14/16
Warszawa/Powiśle

















6 komentarzy
Lubie takie klimatyczne miejsca gdzie bez spiny i zacięcia można zjeść dobry obiad. Dawniej jeździłam na Pragę, bo tylko w tamtejszych knajpach czułam sie komfortowo. Z moją rodziną lubimy spędzać weekendy poza domem, więc takich miejsc z kącikami dla dzieci odwiedziłam naprawdę sporo i niektóre były w tragicznym stanie. Zabawki brudne i zniszczone prosiły niekiedy o pomstę, serio. Gdybym miała knajpę z kącikiem dla najmłodszych regularnie czyściłabym te zabawki.
Masz racje, niektóre szumnie zwane „kąciki dla dzieci” to jakiejś kompletne pomyłki. Jak masz coś ciekawego do polecenia na Pradze to chętnie przygarnę adresy 🙂
Fantastyczne miejsce! Sprawdzimy je na pewno – na Powiślu spotykam się z bratem i bratową i dotąd nie mieliśmy tam odpowiedniego lokalu, gdzie moglibyśmy zatrzymać się podczas spaceru i spokojnie, rodzinnie spędzić czas. A ta miejscówka wygląda na bliską ideału 🙂 Dzięki za polecenie!
Oj Renia, w takim razie myślę, że to będzie dla Was idealna miejscówka! 🙂
Dzieki za ten wpis. W piatek zamowie tam stolik, bo wlasnie bede przejazdem i takie miejsce jest jedyna opcja na obiad w restauracji z dwulatkiem. Chce tez skoczyc do muzeum zydowskiego, o ktorym pisalas. Zobaczymy czy zdaze, to moj drugi dzien w stolicy. Pozdrawiam.
Super! Daj znać jak się udał pobyt w Warszawie 🙂 Pozdrawiam