Jestem rasowym wodnikiem. Nie ma dla mnie nic bardziej relaksującego, niż dobry wieczór na cichej nadmorskiej plaży, czy weekend nad ustronnym jeziorem, czy nawet szybki spacer brzegiem rzeki. Każdy wyjazd weekendowo-wakacyjny rozpatruję w kategoriach odległości najbliższego zbiornika wodnego. Ale jestem też z krwi i kości mieszczuchem i nie wyobrażam sobie tak po prostu wyemigrować na łono przyrody. Czasami jednak potrzebuję się wyłączyć. A jeśli temu wyłączeniu może towarzyszyć moczenie paluchów w wodzie – tym lepiej. Najlepiej!
Jeśli zacząć lato – to tylko tak! Z dala od zgiełku miasta, chociaż zaledwie 30 km. od domu. Z dala od rozgrzanych do czerwoności betonów, spiekoty, duchoty i klimatyzowanego powietrza. A przy okazji daleko od dziecka własnego, nad którym jeden weekend pieczę sprawował ktoś inny. Dawno tak nie wypoczęłam, chociaż dawno nie spałam tak mało!
Maj był i sobie poszedł i dobrze mi z tym, bo nie był dla mnie w tym roku łaskawy. Emocjonalnie się wyeksploatowałam. Nie poczułam bzu pachnącego, ani razu się chyba nie wyspałam i do utraty sił doskonaliłam sztukę kłócenia się z samą sobą. Ale bywało też i miło i odkrywczo i inspirująco. Dlaczego? Zapraszam!
Marzec miesiącem kobiet – grzmią nagłówki portali dla pań. No tak. Święto, goździki, wiosna, zniżki do SPA. Ale czuję w kościach, że ten miesiąc będzie wyjątkowy również dla mnie. Dużo się dzieje i dziać będzie. Plany w głowie wreszcie nabierają kształtu. Odgruzowuję się z gratów przeszłości. Czuję w powietrzu świeżość. A Ty?
Niby wiedziałam, że się zmienia, rośnie, dojrzewa. Ale w otoczeniu wciąż tych samych sprzętów, zabawek i ścian czas płynie wolniej, leniwiej. Zmiany zachodzą subtelnie, niedostrzegalnie, nieuchwytnie więc. Dorasta, a jakby to poza mną było. Trzeba nam było wyjechać, spojrzeć na Mati inaczej, gdzie indziej. I przerazić się, że wszystko co mówią o tym czasie co pędzi…to prawda.
Są takie chwile (przyznaję, dosyć rzadkie), że ze wzmożoną chęcią potrzebujemy pobyć trochę bez dziecka. Wyjść gdzieś na kilka godzin. Nie martwić się, że komuś za zimno, za ciepło, że pora drzemki i pora jedzenia. Odlepić się na chwilę od ramy wózka, która czasami mam wrażenie, przyrosła już do moich rąk. A po świątecznej bieganinie, potrzeba ta odezwała się w nas ze wzmożoną siłą. Tak więc znów wykorzystaliśmy stęsknionych i chętnych dziadków, i poszliśmy. Na randkę poszliśmy!
Zasadniczą przemianą, która dokonała się w skromnej mej osobie w mijającym roku, było opanowanie szalejącego i rozbuchanego konsumpcjonizmu. Nagle i z zaskoczenia okazało się, że niczego nie potrzebuję (no prawie). Że sport zwany shoppingiem wcale już tyle radości nie daje. Że mogę nie kupić tej kiecki..i o dziwo – przeżyć! Nawet zakupy dziecku robię z głową (z reguły) i nie biorę wszystkiego co mrugnie do mnie półki. Ale, ale. Czas przedświąteczny zmusza do refleksji na różnych płaszczyznach. Zadumała się Matka i wymyśliła, iż jest kilka rzeczy, za posiadanie których obrazić, to by się nie obraziła….
Południowe wakacje zbliżają się ku końcowi. Ogarniamy właśnie ostatnie pod/krakowskie spotkania, ale już jutro czeka nas pakowanie i powrót do domu. Wycisnęliśmy każdy dzień jak cytrynę. Załatwiliśmy wszystko co trzeba, odwiedziliśmy bliskich za którymi tęskniliśmy, spotkaliśmy się z wszystkimi naszymi przyjaciółmi, a dzięki pomocy dziadków zaliczyliśmy nawet dwa konkretne bezdzietne wyjścia. Razem, a nie wymiennie, jak ma to zwykle miejsce. Bardzo to wszystko było mi potrzebne.
Pisałam już, że uspołeczniamy Matyldę. Ano uspołeczniamy i póki co przyniosło to fajne efekty, ale o tym kiedy indziej. Dziecko się socjalizuje, a ja przecieram oczy ze zdumienia. Każdy klubik/kafe przyjazne dziecku/plac zabaw to prawdziwa jaskinia lwa. A raczej lwic-matek. Matek niby takich jak ja i Ty. Normalnych. A jednak nie tak normalnych do końca, a mam „idealnych”! I może miałam pecha, że zawsze takie matki spotykam, a może to jednak potwierdzenie reguły, że ten typ w przyrodzie jednak istnieje.










